dzien swietego patryka.
Cala noc wzmozonej aktywnosci, wiec spie. Spie i spie. Goscie wyszli, ja spie dalej. Godzina popoludniowa i bardzo juz pozna, dobrze ze w irlandii nie widac slonca, rownie dobrze moznaby zalozyc ze jest 10 rano jak i 4 po poludniu.
Spie, ale slysze jakies glosy. Zwariowalem - mysle trzezwo. To byla jedna seta za duzo i teraz juz tylko biale myszki, lapka telegrafisty i glosy w glowie. Podnosze sie, caly swiat sie kladzie. Patrze w lustro, ale lustro nie patrzy na mnie, unika mojego wzroku. Nie przejalem sie jakos szczegolnie tylko lapczywie rzucilem sie na kran. W ostatniej chwili pomyslalem o zarazie. W Galway grasuje dzika bakteria, ktora jakims niecnym sposobem dostala sie do wody i pol miasta dzieki temu wyproznia sie w sposob niekontrolowany i ma wyraz twarzy bardzo serio.
Nie. Kran be. Trzeba brzebrnac przez trzy pietra, ubierajac sie po drodze i zakupic cos w sklepie na dole. Glosy sa caly czas. Smieja sie, ale chyba nie ze mnie.
Ide.
Wracam.
Pije duszkiem to co kupilem.
Na zewnatrz jest tak jak nak na platformie wiertniczej kolo norwegii, tylko chyba wiatr troche silniejszy.
Ale udalo mi sie i dumny z siebie jestem niebywale. W glowie ksztaltuje mi sie plan dnia. Glosy maja w dupie moje planowanie i bawia sie dalej swietnie.
Wygladam za okno. Gdzie jest kurwa mac ta impreza? Wszystko pozamykane na glucho, nikt normalny nie bedzie sie smial stojac na zewnatrz przy takiej pogodzie. Zwariowalem. Trudno. Pojde we wtorek po jakies piguly do lekarza, albo mnie gdzies zamkna, mysle.
Siedze. Pije. Patrze przed siebie.
Tesco. Tak, dochodzi do mnie z cala moca. Trzeba zrobic zakupy, bo sie z glodu przekrece. Godzina juz bedzie wieczorna chyba i nabieram pewnosci, ze ten stan totalnego rozpieprzenia musi byc spowodowany glodem. Puste butelki nie sa w stanie przekonac mnie, ze powod moze byc inny.
Kluczyki. Ide. I zamknawszy drzwi za soba slysze je coraz wyrazniej... i wyrazniej. Przesuwam sie w strone parkingu. Nosz tu sie schowala moja psychiczna choroba!
Siedza - glosy. Na parkingu. Jeden, czarnowlosy i bardzo przysiadalny na masce mercedesa sasiada. Moj srebrny cud jest szczesliwie zbyt brudny, zeby go ktos obsadzil. Jest ich chyba z dziesiec i sadzac po wygladzie zaczeli wczoraj. Stoja lub siedza w grupkach tu i tam. Coz za ulga. Nie, nie dzieki, ja juz swoje wypilem wczoraj - odpowiadam na zaproszenie.
Godzina trzecia. Piekny poczatek dnia.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment